Poród z gwizdkiem

Opublikowane przez Piotrek w dniu

 „Parcie… Nawet nie wiem jakich słów użyć. Czułam oczywiście pieczenie, ale podczas oddechu z gwizdkiem nie czułam bólu.” I porównanie parcia z gwizdkiem do tego kierowanego „na kupę” przy poprzednim vbac to jak porównanie mercedesa z rowerem bez kół. 


HISTORIA VBA2C

Termin porodu wypadał dokładnie na Dzień Matki, ale żartowaliśmy, że nasze dzieci lubią trochę posiedzieć w brzuchu. Tak też było i w tym przypadku. Od 36 tygodnia piłam napar z liści malin, jadłam daktyle i piłam olej z wiesiołka.

Czytałam sporo książek powiększając swoją biblioteczkę porodową. Zapisałam się do grupy wsparcia Izabeli Dembińskiej i nawet udało mi się kilka razy poćwiczyć (trójka dzieci i sezon chorobowy w większości mi to uniemożliwiały). Słuchałam też webinarów o porodzie. Już podczas przygotowań do poprzedniego porodu czerpałam z wiedzy i wsparcia cudownych kobiet – położnej Katarzyny Haraburda-Popławska (to jej chyba jako pierwszej powiedziałam o naszej kolejnej niespodziance) i Magdaleny Słoma. Na pierwszą fazę porodu byłam i tym razem umówiona w domu z Agnieszką Szyszko.

Rzutem na taśmę pojechałam do Magdy na warsztaty do jej szkoły rodzenia i tam dostałam gwizdek porodowy. Nie ukrywam, że byłam nim zafascynowana.

Dodatkowo fizjoterapeutka uroginekologiczna Ewelina Sawczuk dbała o mnie już dużo wcześniej, więc naturalnie wyszło, że w tej ciąży również to ona zajęła się stanem moich mięśni i więzadeł. Około 38 tygodnia dodatkowo zrobiła mi masaż rozluźniający.

Lekarz nie widział przeciwwskazań do vba2c, nie badał blizny, nie straszył, dał skierowanie do  porodu sn. Nie miałam zwiększonej liczby badań – ktg od 38 tygodnia i na ostatnim dwa dni przed terminem porodu byliśmy umówieni, że po tym terminie przyjdę na wizytę i pomyślimy co dalej.

Krótko o historii porodowej

1. Cc z uwagi na brak postępu porodu, 41w4d, cewnik folleya, zzo i oksytocyna, 2015, 3850g i 58 cm

2. Vbac, 41w0d, małowodzie, cewnik folleya, przebicie pęcherza, zzo, nacięcie krocza, 2017, 4150g i 58 cm

3. Cc z uwagi na brak postępu porodu, 40w0d, akcja rozpoczęła się samoistnie, w klinice przebito pęcherz, brak możliwości ruchu, 2020, 4050g i 59 cm

26 maja zajęłam się sprzątaniem domu, a o 15 przyjechali moi rodzice, ponieważ z uwagi na zaplanowane atrakcje w szkole i przedszkolu podzieliliśmy się trochę. Pojechałam do młodszego syna na występy, a po nich zabrałam również młodszą córkę i zostawiłam oboje w domu, a sama jeszcze pojechałam do szkoły najstarszego, gdzie w moim zastępstwie była moja mama. Brałam nawet udział w olimpijce i innych zabawach z dziećmi.

Wieczorem oczywiście czułam skurcze, ale byłam tak zmęczona tym dniem, że poszłam spać. Rano następnego dnia żadnych skurczy nie było, ale czułam jakiś niepokój. Około 15 skurcze się zjawiły i przygotowałam sobie grzebyk i afirmacje porodowe. Spakowałam dzieci na parę dni i mąż od razu zawiózł je do moich rodziców. Dałam znać Agnieszce, że coś jest na rzeczy. Powiadomiłam też fotograf Alinę Gabrel-Kamińską. Obie przyjechały do mnie w nocy. Skurcze oddychałam z grzebykiem, wszystko było takie „leniwe”. Oczywiście jak zwykle szyjka wysoko, przepuszczała opuszek i to by było na tyle. Agnieszka zrobiła mi ktg, po którym uznała, że jednak bezpieczniej będzie już na tym etapie pojechać do szpitala. Taki scenariusz również był w mojej głowie, więc w żadnym momencie nie miałam żalu. W szpitalu około 5 rano skurcze wyciszyły się na tyle, że nie było mowy o porodzie. Dodatkowo w USG główka w dole, ale nie przyparta, a pod koniec badania nawet sobie balotowała w okolicy mojego pępka. Miała dużo wód i dużo miejsca. „Stan po dwóch cięciach” i „po terminie” i znalazłam się na patologii. Czułam się trochę dziwnie, zgłosiłam się do położnej z bólem głowy, ale też zamierzono mi ciśnienie. Nadciśnienie. Naprawdę, na to też byłam przygotowana, bo podobne epizody były w moich poprzednich ciążach „po terminie”.

Lekarze słysząc, że chcę rodzić siłami natury informowali mnie o zagrożeniach, ale w żadnym momencie nie straszyli. Zarówno ordynator, jak i lekarz prowadzący sale, na której się znalazłam mówili, że mam jeszcze czas, a o ewentualnych innych rozwiązaniach porozmawiamy we czwartek (02.06.). Nie było żadnych nacisków na operacyjne zakończenie ciąży.

Mówiłam do brzucha, nadal jadłam daktyle, trochę chodziłam po schodach, słuchałam afirmacji, czytałam książki porodowe. Wykupiłam też dostęp do grupy Izy na czerwiec, bo chciałam zrobić jeszcze jedną sesję.

Przez te wszystkie dni na ktg nie pisały się żadne wielkie skurcze, mnie nikt nie badał sprawdzając przygotowanie do porodu, nikt też nie sprawdzał stanu blizny. Czop odpadał od soboty 28 maja.

31 maja około 17 przyjechala teściowa, żeby pomóc mężowi i żeby miał kto zostać z dziećmi, gdy będę rodzić, żeby on mógł być ze mną w tym czasie. To chyba był taki sygnał dla mojej głowy, że jest bezpiecznie. Zaczęłam odczuwać regularne, ale bardzo lekkie skurcze. Poszłam umyć włosy (śmiałam się w duchu, bo przypomniały mi się typy rodzących z książki Izabeli Dembińskiej), wzięłam prysznic, mężowi napisałam co ma przygotować dzieciom (następnego dnia mieli różne atrakcje w przedszkolu i szkole) i żeby przygotował sobie plecak na porodówkę.

Skurcze nadal były regularne, ale bardzo delikatne. Dziewczyny w pokoju poszły spać, a ja w pozycji kolankowo-łokciowej oglądałam różne śmieszne filmiki. Po 23 poszłam do łazienki na siku i miałam iść spać. Tam poczułam trochę mocniejszy skurcz i opierając się o ścianę, z nogą na brodziku delikatnie kręciłam biodrami, gdy usłyszałam KLIK i poczułam jakby w środku coś zaskoczyło. Od razu też poleciały wody i reszta czopa. Z ręcznikiem między nogami udałam się na badanie do położnej – szyjka zgładzona, przepuszcza palec. Nie zdziwiło mnie to i nie zmartwiło. Miałam czas. Była 23:30. Na porodówce byłam jakieś 10 minut później. Skurcze nadal były bez szału. Podpięto mnie do ktg, gdzie leżałam z grzebieniem spokojnie oddychając. Po północy jedna z położnych powiedziała, żebym zadzwoniła do męża, żeby się pomału zbierał.  O dziwo w momencie tego telefonu miałam skurcz i już buczałam (mąż mówił, że dlatego nie zrobił sobie kanapek). Zbadano mnie też ponownie i nadal rozwarcie na palec. Poprosiłam o możliwość pójścia do toalety, bo chciałam siku, ale zgodziłam się poleżeć pół godziny pod ktg. Tuż po tym położna wyszła na chwilę z pokoju, a u mnie zjawiły się skurcze, na których głośno buczałam i jednocześnie miałam problem z leżeniem na łóżku. W tym momencie wstałam, zdjęłam peloty i po prostu poszłam do łazienki. Błyskawicznie zjawiła się położna (jeżeli dobrze pamiętam, to Joanna Barzyńska i to ona była już ze mną do końca) sprawdzić co się dzieje. Nie mogłam usiąść na toalecie, więc odkręciła prysznic, żebym przez chwilę mogła polać brzuch. Wracając pod ktg oznajmiłam, że jeżeli mam mieć takie skurcze na leżąco, to chcę znieczulenie 😂 Usłyszałam, że do tego trzeba mieć 3 cm rozwarcia. Zobaczyłam krew na łóżku i widziałam też krew w łazience, więc wiedziałam, że to już z szyjki. Miałam problem z wejściem na łóżko. Położna delikatnie mnie przekonywałam, że musi mnie zbadać. W tym momencie poczułam parte. Udało mi się wejść na łóżko i oczywiście okazało się, że rozwarcie jest pełne. Z pomocą położnej obróciłam się na bok (na kolankowo-łokciową już nie dałam rady, ale była taka możliwość ❤️), a ktoś podał mi gwizdek z torebki. Tutaj działa się magia. Światła były przygaszone. Parłam sama oddychając z pomocą gwizdka. Czułam jak pracuje moja przepona, a jednocześnie pozwalało mi się to skupić na oddechu. Dopiero po tym jak wyszła główka położna poprosiła, bym troszkę zmieniła oddech na dmuchanie świeczek, ponieważ dziecko idzie z rączką. 1 czerwca 2022 o godzinie 0:28 miałam już córeczkę na brzuchu.

Doszło do niewielkiego pęknięcia 1 stopnia.

Ten poród, mimo błyskawicznego rozwoju odczarował mi przede wszystkim drugie cięcie. Spełniło się też marzenie o porodzie siłami natury. To w końcu ten poród pokazał, że każde dziecko wybiera swój czas i sposób na przyjście na świat.

Mąż wszedł w momencie, gdy Lidia leżała na moim brzuchu. Był przekonany, że to żart. W poprzednim porodzie nie było go i obawiałam się porodu bez jego wsparcia, bez jego obecności, ale mimo to czułam się naprawdę zaopiekowana.

Widzę jak bardzo zmienia się szpital publiczny, jak zmienia się podejście do porodu i rodzącej. Dziękuję z całego serca wszystkim „sprawcom” tych narodzin ❤️

Kategorie: Blog