O mocy w porodzie

Opublikowane przez Cor Matris w dniu

Moja druga historia porodowa…

 

Moc w porodzie

Oczekiwanie na drugi poród było dość spokojnym czasem pod względem duchowym.

Generalnie wydawało mi się, że mam sporo wiary i nadziei, ale nie wiedziałam, że to właśnie podczas porodu doświadczę tej Bożej miłości.

Doskonale pamiętam ten dzień sprzed czterech lat.. chociaż tyle się jeszcze wydarzyło i nawet  urodziło kolejne dziecko. Musiałam chwilę pomedytować nad zdjęciami by przypomnieć sobie pewne szczegóły z tamtego dnia.

 

Od początku

Termin porodu przypadał na 17.09

Spodziewałam się, ze tak jak poprzedni poród ten także będzie punktualny.

Mąż wzruszył ramionami, że to tylko niezbyt dobrze kojarzona data – agresja sowiecka na Polskę. Eh, cóż mi było na to poradzić- czekać.

Odczuwałam piękno stanu błogosławionego, cały czas dobrze się czułam, chociaż to już nie były takie możliwości wsłuchiwania się w swoje ciało I celebrowania każdego dnia, ponieważ na stanie miałam energiczną dwulatkę, która ciężko adaptowała się do przedszkola.

Nic dziwnego!  Zaczęła przedszkolną przygodę w wieku dwóch lat i trzech miesięcy, a ja byłam sfrustrowana trzymiesięcznym czasem oswajania z nowym miejscem. Ambicja i moje oczekiwania były niewspółmierne do normatywnego rozwoju dziecka! Pomyślałam o tym po czasie.

Dzielnie przesiadywałam w przedszkolu, każdego dnia z nadzieją, ze to już mój ostatni dzień spędzony w szatni.

Tak się złożyło, że przesiedziałam tam cały drugi trymestr.

Jak to dobrze, że nie trzeci !!

Znając swoje zamiary na domowy poród, mogłabym wysiedzieć poród w szatni przedszkola maluchów niczym kura znosząca złote jajo

Na szczęście, rozmiar mojego brzucha nie zdradzał terminu do ósmego miesiąca, więc Pani dyrektor nie czuła stresu. Chyba.

Trzeba tez widzieć plusy. Dzięki długiej adaptacji mojej pierworodnej i wielkiej wyrozumiałości przedszkola- chylę czoło- mogłam po prostu odpoczywać w pozycji siedzącej i oddychać świeżym, miejskim powietrzem 🙂

 

Dlaczego piszę o  przedszkolu?

Ano myślę, że miało swój udział w czasie porodu.

Po pomyślnie zakończonej adaptacji, Marysia chodziła jeszcze przez miesiąc z innymi Kropeczkami i przyszły wakacje, które zresetowały nam żmudny proces.

Trza było od nowa.

A ja już w dziewiątym miesiącu…

Dokładnie w 39 tygodniu, gdy poszłyśmy razem.. Mery w sali kropeczkowej, a ja w szatni.

Był 7 września, deszczowy, jesienny dzień.

Ciężko było siedzieć na malutkiej ławeczce  w szatni kiedy brzuch wisiał pod kolanami, ale czego to się nie robi.

Butelkowa pogoda, marudzenie małej Słomki i wgniatanie się w moją kość krzyżową jeszcze mniejszej Słomki przelało czarę goryczy, więc zabrałam towarzystwo tzn. córkę i córkę w brzuchu i wróciłyśmy do domu.

Akcja się rozkręca

Padłam na kanapę po ciężkiej harówie siedzenia na czterech literach  w przedszkolu, chyba nawet zdrzemnęłam, kiedy zauważyłam męża po powrocie do domu.

Na moją minę nie zareagował. Wytłumaczyłam się zgrabnie przepowiadającym przeziębieniem albo porodem.

Miałam jeszcze 10 dni do terminu, nie wzruszył się tym słowem za bardzo i zaczął skręcać komodę. Otóż, na dniach przed porodem, jak to często bywa albo remonty się dzieją albo przeprowadzki.

U nas było to drugie.

W ramach treningu przedporodowego każdego dnia jadąc do przedszkola wiozłam jakieś graty, ubrania tudzież inne potrzebne fanty do domu.

Po chwili drzemki postanowiłam pojechać na KTG – rozpoczynający się poród było łatwiej zweryfikować niż przeziębienie!

 

A jednak nie..

Wynik zapisu KTG wskazywał na ..

ani jedno ani drugie . Żadnych skurczów,

kataru ani kichania też nie było.

Ot, łamanie w kościach, jakieś zmienne nastroje i apetyt oraz brak chęci do życia.

Jak przystało na położną z mózgiem zalanym przez oksytocynę i prolaktynę nie zarejestrowałam u siebie ogólnoustrojowych objawów rozpoczynającego się porodu.

Ze spokojną głową wyruszyłam autem ( tak jako kierowca z córką pasażerką) 45 km dalej, gdyż sobie przypomniałam o praniu i prasowaniu,które trzeba też przewieźć na nowe lokum.

Mąż został i walczył że śrubkami i szufladami na rolkach.

 

Akcja w starym domu

07.09 Godz.22.00 Marysia już śpi, a ja oglądam Friendsów siedząc na kanapie, gdy moje ręce oddają się przyjemności prasowania.

Wrócił mąż, zmęczony i marzył tylko o szybkim spaniu.

Chciałam podzielić jego los, gdy już mrużyl oczy przed telewizorem, ale jeszcze pralka zawołała ze skończonym cyklem. Wywieszę tylko, szkoda by skisło..

Podnoszę ten wcale nielekki kosz z praniem i maszeruje do gabinetu, w którym stoi suszarka.

Strzepnęłam koszulkę by się wyprostowała  i czuję że coś mi oblało uda.

Powiedziałam sama do siebie: „No nie odwirowała !!”

W tym momencie zamarłam w bezruchu jak już się zorientowałam, że woda nie kapie z wypranej koszulki tylko  moich spodenek..

 

Chwilowy atak paniki

Pierwsza myśl była histeryczna : nie mogę dzisiaj urodzić, nie jestem w Białymstoku.. wszystkie rzeczy wywiozłam.. jeszcze 10 dni !!!

Z płaczem schodzę do męża i informuje co jest na rzeczy chlipiąc.

Mąż zachowuje rozsądek, rozkazuje się ubrać i wsiąść do samochodu.

Pakuje też nasze śpiące dziecko I…

Myślicie, ze jedziemy do szpitala?

Odeszły tylko wody, a skoro się poród rozpoczął i chciałam rodzić w domu to wiezie mnie mój rycerz przez Puszczę Knyszyńską, ciemną nocą przez roboty drogowe na estakadzie w Krasnem, przyspiesza przez wahadła co by zdążyć mnie dowieźć na poród w drugim domu 🙂

Godz. 23.30 ciągle jedziemy .. dzwonię do położnej by dojechała do nas, bo odeszły mi wody.

Nocny telefon nie był zaskoczeniem, ale spodziewała się innej domówki.

Ja : „Gosiu odeszły mi wody. Za 30 minut będziemy w domu. Możesz się zbierać.”

G: Wody ? Chyba sobie żartujesz.

Biedna Gosia już chciała się wyspać przed dyżurem porannym na sali porodowej, a tutaj Słoma rodzi ..eh.

 

W drugim domu

Jak już się wszyscy zameldowaliśmy, byłam przekonana, że po odejściu wód godzinę wcześniej i wytrząchanej  przejażdżce przez las, kiedy skurcze miałam co 5 minut usłyszę, że jestem już w połowie porodu.

2cm.. tyle było. Skurcze jakieś takie bolesne niemiłosiernie ale nie dawały postępu.

Podeszłam do sprawy zadaniowo. Mąż też.

Skoro mamy niespełna 7 godzin na poród to się trzeba uwijać.

Skakałam na piłce w skurczu i bez skurczu.

Chodziłam po schodach i tak namiętnie oddychałam, aż się przewentylowałam.

Godz. 3.00 postępu żadnego- oprócz postępującego zmęczenia.

Przyłożyłam się do chrapiącego męża by odpocząć. Skurcze wybudzały  co chwilę, więc zdecydowanie nie był to sen, a leżenie na stand by.

Po godzinie już nie mogłam uleżeć.

Godz. 4.50 3cm  moja położna mi mówi, że pojedziemy do szpitala i  na jej dyżurze urodzę. Wolno idzie.

Wizja transferu z powodu wolnej akcji, ale jednak akcji i konieczność wyjścia na dyżur mojej Gosi była dla mnie trudna do zaakceptowania. Wspierający mąż ciągle spał, ekhm nabierał sił witalnych do akcji finałowej 😉

 

Zwrot akcji

Usłyszałam, że za godzinę kolejne badanie -, decydujące, a raczej utwierdzające w postanowieniu by powziąć już spakowane walizki porodowe bo raczej nie ma szans w takim tempie ślimaka urodzić do rana.

Oddycham, słucham muzyki, świece się palą, olejki pachną .. nawet basenik w rybki z wodą był gotowy.

Czułam, że woda mi nie pomoże.

Jest marnie.. pojadę do szpitala po całej nocy z postępem 1 cm.. taka wizja rozrywała mi serce.

Słaby powód na transfer.. myślałam.

Co można zrobić przez godzinę?

Chyba tylko odpuścić i pogodzić się z faktami.

Przycupnęłam na kolana, oparłam się o kanapę i zaczęłam odmawiać różaniec.

Odpływałam w sen z każdym Zdrowaś, prosząc by mi pomogła, bo ja nie chce nigdzie jechać.

Godz.5.50 Nie wiem na czym skończylam, trzymam różaniec i zaczynam dyszeć.

Gosia już wie co się święci, prosi, abym jeszcze chwilę poczekała, w pośpiechu otwiera walizki i wyjmuje rękawiczki i podkład.

Słyszę tylko: ” 8 cm – główka jest nisko.”

 

Nadzieja przyszła

Kiedy moje JA odpuściło,  zrobiło miejsce dla działania KOMUŚ, kto ma tę moc.

Z każdym moim wydechem, zwłaszcza tym mruczącym, wibrującym w klatce piersiowej, w moim ciele budziła się lwica , a ja czułam jak główka mojego dziecka swobodnie przemieszcza się w dół. Tak gładko, delikatnie.

Pierwszy ryk lwicy obudził mojego męża –  godz. 6.00 rano – przyfrunął skowronek bladym świtem i w kulminacyjnym momencie trzymał mnie za rękę – to jest refleks mistrza !

Godz. 6.05 zaśpiew porodowy po raz drugi i na moje ręce dostaję Basię.

Krótka pępowina każe wstać z kolan by móc się przywitać.

Zakwilenie noworodka, a może ryk lwa usłyszała moja starsza córka, którą mąż zastaje siedzącą na łóżku. Ze spokojem oznajmiła „Basia już jest”  po czym razem  z tatą przyszła poznać siostrzyczkę.

To niesamowita chwila. Spokój trzylatki, dla której narodziny są rodzinnym wydarzeniem.

Moje serce i mój umysł wypełniło niewypowiedziane szczęście.

Jeszcze godzinę temu byłam ciągle w bloku startowym mojego porodu i jednocześnie na wylocie do szpitala.

 

Finał

To złota godzina uniżenia się i pokory, odpuszczenia upragnionego planu i oddania z wielkim bólem swoich planów przyniosło najpiękniejszy owoc.

8.09.2017 o godz. 06.05 w Narodzenie NMP urodziła się Barbara.

3350g rodziło się lekko i przyjemnie.

Po szybkiej rozmowie telefonicznej w drodze do mojego domu była już druga położna, która opiekowała się nami jeszcze przez dwie godziny.

Godz. 6.50 pierwsza położna jedzie na swój poranny dyżur do szpitala. Beze mnie, z emocjami ostatniej godziny.

Złota godzina to najpiękniejszy moment blasku wieczornego słońca uchwycony w kadrze obiektywu fotografa.

Złota godzina to najcenniejszy czas w ratowaniu zagrożonego ludzkiego życia.

Ja też miałam swoją złotą godzinę i intencję, którą błyskawicznie wysłuchała pierwsza jubilatka tego poranka. Matka Boża.